sobota, 29 grudnia 2012

#1

 Od bardzo długiego czasu nie czułam się nastolatką.
Wszędzie, gdzieś jakieś sprawy do załatwienia, praca, prawo jazdy, matura, wybór studiów...
W gruncie rzeczy to nie potrafię odciąć się od rzeczywistości. Ona na co dzień mnie przytłacza, niczym ogromny głaz, który jakimś cudem wylądował mi na plecach nie krzywdząc mnie zanadto.
Jednak wczorajszy dzień był inny. Może to wina dzieci.?
Mówi się, że małe szkraby są OK, ale tylko przez chwilę lub z daleka, a warunkiem jest by były jeszcze cudze.
W pewnym sensie to działa.
Dzieci mają w sobie tą cudowną aurę miłości i radości. Są czyste i niewinne i tak powinno pozostać.
Spoglądając na nie czułam zazdrość, ja tak nie miałam, ale pal licho moją przeszłość, ja chce tak teraz.
Chciałabym się obudzić pewnego dnia i stwierdzić, że nie mam problemów, które spędzałyby mi sen z powiek. Chciałabym tak bardzo. 
Wczorajszy ranek był prawie spełnieniem tych pragnień.
Do cioci przyjeżdżałam od najmłodszych lat. Zresztą nadal ją odwiedzam, tak jak podczas i obecnych świąt.
Obudziło mnie słońce, które wpadało przez okno znajdujące się naprzeciw mojego łóżka. To była miła i łagodna pobudka.
Podczas wędrówki do łazienki poczułam pewne osobliwe uczucie.
Przez chwilę znów stałam się tą małą dziewczynką z kucykami na głowie i głową pełną marzeń i o przeświadczeniu, że jak będzie wystarczająco długo czekać to odkryje w sobie jakieś super moce.
Szczerze?
Nadal czekam. 
Przecież nigdy nic nie wiadomo ;P